piątek, 27 września 2013

Chapter 8

Posiedzenie zarządu





Ilość stron w Wordzie: 6

Postaci: Yahiko, Yuri, Nagato, Akatsuki

Od autorsko: Chyba najdłuższy mój rozdział. Nigdy nie zapomnę, ile czasu zajęło mi zdecydowanie się, jak go zakończę. Mimo wszystko dzięki niemu ułożyłam długookresowy plan opowiadania. Życzę miłego czytania i czekam na końcu rozdziału!




Szczerze powiedziawszy, to nie wiem od czego mam zacząć. Czy lepiej tworzyć cudowne opisy tego, jak ból głowy i rozwalonej dłoni wpływał na moje samopoczucie, czy może opisać koszmary, które nie pozwoliły mi w nocy zmrużyć oka? Generalnie wszystko sprowadza się do jednego – czy tego chciałem czy też nie, byłem w rozsypce i nic nie było w stanie mi pomóc. Nawet widok Łasica z podkrążonymi oczami i dwiema szklankami z kawą nie rozśmieszył mnie tak bardzo, jak kiedyś na obozie. A przyznać muszę, naprawdę wyglądało to przekomicznie. Problem jednak polegał na tym, że mój światopogląd zmienił się nie do poznania, co zapewne było w stanie pozbawić mnie najszczęśliwszych chwil w moim przekichanym życiu.
Cały obolały wygramoliłem się z czarno-brązowego koca i zacząłem namiętnie wpatrywać się w swoją opatrzoną dłoń. Biały materiał bandaża już dawno pokrył się czerwoną cieczą, a ja w końcu zrozumiałem, jak poważnie uszkodziłem swoją prawą rękę. Przekląłem siarczyście w duchu. Na domiar złego, moje ubrania także nie były w lepszym stanie, co od razu wskazywało na to, że wejście do domu po udawanym, porannym spacerze nie wchodziło w grę. Był to kolejny problem, który musiałem rozwiązać jak najszybciej.
- Weźmiesz to w końcu, czy mam tak spędzić cały dzień? – zapytał Itachi, widząc brak jakiejkolwiek reakcji z mojej strony. Posłusznie wziąłem od niego biało czerwony kubek, po czym upiłem spory łyk kawy z przesadzoną ilością mleka. Wspomnienia, znowu one. 
- Dzięki – mruknąłem od niechcenia.
- Jaką wymówkę zamierzasz wcisnąć tym razem rodzicom? – Itachi uśmiechnął się wrednie, lustrując moją sylwetkę od góry do dołu. Normalny Yahiko w tamtym momencie po prostu wymierzył by mu kuksańca w bok, jednak ten aktualny nie miał na to ochoty. Parsknąłem pod nosem, po czym powoli zacząłem zbierać swoje cztery litery z wygodnego materaca.
- Żadną. Powiem, że mnie pobili po drodze – odparłem pewny swojej odpowiedzi. 
- Myślisz, że to łykną? 
- Nawet jeśli nie, to jakoś mnie to zbytnio nie interesuje – żachnąłem się, zbierając swoje rzeczy do plecaka. Przelotnie zerknąłem na telefon, który jakimś cudem cały czas tkwił w kieszeni i ku swojemu niezadowoleniu zauważyłem, że skrzynka wprost wylewa się nieodebranymi połączeniami od Tanji. – By to szlag – mruknąłem pod nosem. 
- Acha, no spoko. A tak w ogóle, to o co poszło? – zapytał ni stąd ni zowąd ciemnowłosy, wyraźnie uciekając przed moim wzrokiem. Skubaniec musiał zapytać. I chociaż z perspektywy czasu stwierdziłem, że chciałem z kimś o tym porozmawiać, to na pewno nie miałem ochoty pisać Itachiemu opowiadania na temat mojej bójki z Nagato, którego wyraźnie oczekiwał. 
- Domyśl się. – Uraczyłem Itacha najbardziej cynicznym wzrokiem, jakim potrafiłem się posługiwać, po czym najwyraźniej mój przyjaciel stracił chęci, by wyciągnąć ze mnie jakiekolwiek informacje. Podziękowałem mu za to w myślach i bez zbędnych słów ruszyłem w kierunku drzwi. Chwilę później znalazłem się już poza domem chłopaka i dosłownie metry dzieliły mnie od własnego piekła. 


Przed drzwiami do swojego domu stałem około pięć minut. Bałem się tam wejść, chociaż sam siebie pragnąłem oszukać, wmawiając podświadomości, że trwam w tym stanie tylko po to, by podziwiać jakże wspaniałe żłobienia w mahoniowym drewnie. Dopiero gdy doszła do mnie myśl, że zachowuję się gorzej niż zidiociały kretyn, wciągnąłem głęboko powietrze i z impetem otworzyłem przeklęte drzwi. Szybko wszedłem do pomieszczenia, rzucając swoje buty w jeden z kątów i ruszyłem w kierunku swojej jaskini. W miarę zagłębiania się w mieszkanie coraz bardziej opuszczała mnie myśl, że będę musiał się tłumaczyć. Niestety nie przewidziałem tego, że moja mama właśnie szykowała się do pracy i skrzętnie przygotowywała coś w kuchni. A na mojego pecha, właśnie tamtędy przechodziłem. 
- Matko Święta, Yahiko, co ci się stało? – Porcelanowy talerzyk wyleciał z jej przemęczonych dłoni, roztrzaskując się na mnóstwo niebezpiecznych kawałeczków. Odgłos, który towarzyszył temu wydarzeniu, rozszedł się w mojej głowie z cztery razy większą siłą niż trzęsienie ziemi. 
- A, no… - Zacząłem się jąkać. – Cześć, mamo. Miło cię widzieć – mruknąłem z przyszywanym, głupim uśmiechem, po czym szybko skierowałem się w stronę schodów.
- Yahiko! – krzyknęła za mną, wylatując z kuchni. – Wróć tutaj. 
Tak naprawdę jedyne, na co miałem ochotę, to krzyknąć jej prosto w twarz, żeby dała sobie spokój z odgrywaniem roli kochającej i opiekuńczej matki. Przez całe życie nie potrafiła poświęcić mi wystarczającej ilości uwagi szczególnie wtedy, gdy tego najbardziej potrzebowałem. Natomiast wtedy, gdy pragnąłem pobyć sam, oczywiście musiała mi się naprzykrzać.
- Co? – Odwróciłem się w jej stronę, podtrzymując się barierki, by przypadkiem nie stracić równowagi. 
- Coś ty wczoraj robił? – zapytała z przerażeniem w oczach. Nie wiem, czy to także należało do jej ról do ogrania, ale przyznać muszę, że chwilowo poczułem coś na podobieństwo wyrzutów sumienia, że sprawiam jej problemy. Na szczęście, szybko udało mi się pozbyć tego zbędnego uczucia i moja twarz znowu zakryta była maską arogancji i zobojętnienia.. 
- Popiłem, przewróciłem się, przespałem u Itachiego, wróciłem do domu. – Zacząłem wyliczać na palcach przybierając najbardziej bezuczuciowy ton głosu na jaki było mnie stać. – A teraz tu stoję i łaskawie czekam, aż pozwolisz mi wejść na górę, umyć się, opatrzyć ranę i się przespać. – Dokończyłem, unikając kontaktu wzrokowego ze swoją rodzicielką.
Nie wiem. Być może byłem zbyt arogancki w stosunku do kobiety, której zawdzięczałem życie, jednak z czasem przestało być to dla mnie ważne. Często miewałem wrażenie, że obcy ludzie są mi bardziej bliscy niż ona. I wcale nie chodziło tutaj o jej pracę, której się poświęcała, a bardziej o jej stosunek do swojego pierworodnego syna. Zawsze byłem tym złym, niezależnie od tego, czy zachowywałem się dobrze, czy też nie. 
- I co, może mi jeszcze powiesz, że nie zamierzasz iść do szkoły? – Rzuciła w moim kierunku z wyrzutem. No tak, po co pytać syna, czy wszystko w porządku? Już nie wspominając o jej zerowym zainteresowaniu moją rozwaloną ręką. W tamtej chwili stwierdziłem, że wolałbym Łasica w roli matki, bo na pewno spełniłby się w niej o wiele lepiej niż niejaka Yuri.
- Zastanowię się nad tym – mruknąłem, wchodząc po schodach na górę. 

Od momentu, w którym skrzypnięcie drzwi uświadomiło mi, że oto wreszcie mam swój wymarzony spokój, pierwszy co zrobiłem to rzuciłem się na łóżko. Nie obyło się bez głośnych przekleństw, gdy jakaś twarda okładka książki wbiła mi się w żebra, jednak mimo to czułem się, jakbym powoli wracał do siebie. Jednak ręka wciąż dawała o sobie znać.
Lekko uniosłem prawą dłoń do góry, po czym uważnie zacząłem przyglądać się bandażowi, który założyła mi moja łasicza mama. Wyglądało to gorzej niż tragicznie, dlatego coraz bardziej obawiałem się tego, co jest pod grubą warstwą lnianego materiału. Niechętnie zacząłem zdejmować z siebie ów przedmiot z sekundy na sekundę utwierdzając się w przekonaniu, że bez lekarza się nie obędzie. Na szczęście, cały czas miałem czucie w palcach, co nijako pomogło mi odnaleźć promyk nadziei.
Po paru minutach zlazłem ze swojego łóżka, po czym udałem się do łazienki. Wziąłem szybki, orzeźwiający prysznic i przemyłem rękę wodą utlenioną krzycząc przy tym niczym małe dziecko podczas szczepionki. Rozczesałem włosy czarnym grzebieniem, po czym przyjrzałem się swojemu tragicznemu odbiciu w lustrze: zmęczone, podkrążone oczy, wyblakłe tęczówki, zeschnięte wargi… Czułem się, jakbym wyszedł z baru dla gejów, chociaż – na szczęście – nic poniżej pasa mnie nie bolało. Zacząłem modlić się, aby się to czasem nie zmieniło. 
Szybko wparowałem do swojego pokoju, wyciągnąłem jakieś starte, szare jeansy i czarny podkoszulek. Zarzuciłem to na siebie, niewiele myśląc o pogodzie na zewnątrz, i zgarniając telefon z biurka, ruszyłem na dół, by – pomimo wszystko – przyszykować się do szkoły. Nie. Nie robiłem tego ze względu na mamę. Byłem po prostu ciekaw, czy Nagato pojawi się w klubie, bo w budynku na pewno będzie. W końcu matka nauczycielka do czegoś zobowiązuje.
W kuchni na szczęście nie zastałem nikogo – ani ojca, ani tym bardziej Tanji, która była mistrzynią, jeśli chodziło o niszczenie mojego samopoczucia do końca. Aby nie narażać się zbytnio losowi, szybko sięgnąłem do lodówki, po czym wypiłem całą zawartość soku pomarańczowego raz na zawsze żegnając się ze wszechobecnym kacem. 
Zarzuciłem skórzaną kurtkę, pierwsze lepsze buty i wyszedłem na autobus.

W szkole znalazłem się w trakcie drugiej lekcji. Moja kochana, maturalna klasa miała w tym momencie matematykę, czym w zupełności się nie przejąłem. Zamiast tego skierowałem się pod salę numer jedenaście, w której miałem kolejne zajęcia. Ponadto wyznaczyłem sobie cel – musiałem unikać wszystkich z Akatsuki i wystrzegać się ich ognia. Powód był prosty. Skoro już uświadomiłem Łasica, że między mną a Nagato naprawdę jest coś nie tak, teraz cała zgraja idiotów będzie chciała przeniknąć w tą sprawę z zamiarem pomocy, który w rezultacie przysporzy jeszcze więcej problemów.
Westchnąłem głęboko w chwili, gdy po korytarzu rozniósł się dźwięk dzwonka. Uczniowie zaczęli powoli wychodzić z wcześniejszych lekcji, a ja, nie wiedzieć czemu, miałem ochotę dorwać jakąś wiatrówkę i wystrzelać ich jak kaczki. Po prostu nie miałem humoru i na dobrą sprawę innego wytłumaczenia nie mam. Kiedy człowiek nie może zapić smutków, bo zaczyna wtedy więcej myśleć, to ma ochotę wysadzić cały świat w powietrze. Tak było w moim przypadku. 
- Yah! – Usłyszałem znajomy głos. Niechętnie odwróciłem się w jego kierunku, po czym moim oczom ukazała się postać przerośniętej masowo blondynki. A nie, przepraszam. To był jednak chłopak.
- Cześć, Dei – mruknąłem od niechcenia, ukrywając przed nim swoją zranioną rękę. 
- Wieki cię nie widziałem. – Z uśmiechem na gębie, jak to zwykle on, zarzucił swoją rękę na mój kark i pomimo moich sprzeciwów zaczął ciągnąć mnie w miejsce, w którym za żadne skarby nie chciałem się znaleźć. – Coś ty się taki zbuntowany ostatnio stał? – zapytał w końcu, dzięki czemu moje uszy mogły odpocząć od jego piskliwego głosu.
- Bo nie chce mi się iść do klubu? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
- Nie o tym mówię. Tsunade cię szukała taka wkurzona, jakbyś jej opony w nowym Mercedesie poprzebijał. Do tego Orochimaru stwierdził, że nie odpuści ci tych wszystkich matematyk, które odpuściłeś. – Chłopak wyraźnie niezainteresowany moją reakcją nawijał jak najęty, a ja w tym czasie miałem ochotę strzelić sobie kulkę w łeb. Przez swoje wieczne zapominalstwo zupełnie wypadło mi z głowy, że miałem zostać po lekcjach w dzień rozpoczęcia roku. I zamiast iść się usprawiedliwić, przez kolejne dni uciekałem przed dyrekcją. Do tego wszystkiego dochodził jeszcze wiecznie ponury Orochimaru, który nie raz obarczył mnie miną zawodowego psychopaty. Ale nie… Gdzieżby tam, to nie wszystko! Na złość, na przekór wszystkim moim błaganiom, Deidara właśnie ciągnął mnie do pokoju klubowego, zupełnie nie reagując na moje sprzeciwy. I gdyby nie fakt, że moja prawa ręka była w niemalże takim samym opłakanym stanie jak moja psychika, to po prostu potraktował bym go z pięści. Ach, ta braterska miłość.
- No, to jesteśmy. – Zakomunikował uradowany. – Na co czekasz, no właź! – Popędził mnie ręką, przez co nie miałem innego wyjścia, jak go posłuchać. 
Niepewnie uchyliłem drzwi, przygryzając dolną wargę w geście irytacji. Już od progu wiedziałem, co się szykuje. Nie codziennie widuję wesołego Deidarę, który wręcz żywcem chce zaciągnąć mnie w miejsce, w którym sam ostatnio rzadko przebywa. 
Moim oczom ukazała się ciemna sceneria. Nigdzie nie widziałem słonecznego światła, chociaż w pomieszczeniu była wystarczająca ilość okien, by zaoszczędzić na energii. W każdym razie, nie miałem nic do gadania, przynajmniej nie dzisiaj. Blondyn mocnym ruchem wepchnął mnie do pomieszczenia, po czym zamknął drzwi na klucz. Na dźwięk przekręcającego się zamka przełknąłem głośno ślinę i zacząłem błagać Jashina, żeby nie wydarzyło się to, czym martwiłem się od początku. 
- No i przyszedł drugi – rzekł rozradowany Kakuzu, którego sylwetkę chwilę później dostrzegłem. – Siadaj, na co czekasz? Nie myśl, że ci zapłacę. – Westchnąłem. Głośno i przeciągle, tak, żeby mnie usłyszeli. Mimo wszystko musiałem robić to, co mi karzą. Zająłem miejsce najbliżej drzwi, żeby mieć na nich widok, na ile było to możliwe w takich ciemnościach. 
Nagle oślepił mnie jasny promień jarzeniówki. W geście obronnym przysłoniłem oczy, jednak na nic mi się to nie zdało. Dopiero po jakimś czasie wzrok oswoił się ze zmianą natężenia światła i zaczął dostrzegać całe otoczenie. Rozejrzałem się niepewnie po pomieszczeniu. Sasori siedział na swoim ulubionym miejscu i strugał coś w drewnie, co pozwoliło mi się uspokoić. Niestety, oprócz niego wszystko było inaczej. 
Na środku pomieszczenia stał stół, przy którym siedziałem, a wokół niego stali wszyscy pozostali członkowie Akatsuki oprócz Madary. Tak, Nagato też tu był. Siedział skulony w kącie, wlepiając wzrok w drewniany stolik i nerwowo obijając palcami o jego kant. Przyjrzałem mu się dłuższą chwilę i już miałem wybuchnąć, sprzeciwić się, gryźć, krzyczeć – byleby mnie tylko wypuścili. Niestety, wyprzedzili mnie. 
- Czy ci się to podoba, czy nie, nie wyjdziesz stąd – mruknął Kakuzu, zauważając moją minę. – To samo tyczy się tamtego. – Wskazał przelotnie na Nagato, po czym usiadł po przeciwnej stronie stolika. Reszta grupy zrobiła to samo. 
- Co wam znowu odbiło, hm? – warknąłem w ich kierunku, mając nadzieję, że coś tym zdziałam. Niestety, byli niewzruszeni niczym. I przysiąc bym mógł, że Hidan uśmiecha się zadziornie wyobrażając sobie, jakie to tortury wykorzysta na mnie i moim pseudo przyjacielu Nagato, by tylko dowiedzieć się, co się między nami wydarzyło.
- Wolałbym zapytać o to was – odparł spokojnie Itachi, zerkając to na mnie, to na rudowłosego. 
Pierwszy raz od bardzo dawna miałem ochotę zakończyć swoją marną egzystencję. Nie dość, że bolała mnie ręka, to jeszcze poczułem się zdradzony nie tyle przez Akatsuki, co przez Itachiego, który jeszcze niedawno zapewniał mnie, że nie będzie ingerował w to, co dzieje się pomiędzy naszą trójką. Widocznie szybko zmienił zdanie, zupełnie mnie o tym nie informując. I chociaż wiem, że miał ku temu powody, to w tamtym momencie do głowy nie przychodziło mi nic, co mogłoby usprawiedliwić. Po prostu każdy był dla mnie zdrajcą. Nawet moje własne alter-ego. 
- A to pytaj – parsknąłem, odwracając głowę w kierunku Nagato, który wydawał się być zupełnie niewzruszony naszą wymianą zdań. 
- Nagato – odezwał się Kakuzu. – Może byś tak zaszczycił nas swoją osobą, co?
Chłopak nie zareagował. Siedział cały czas w tym samym miejscu, nie wykonując najmniejszych ruchów. I gdyby nie jego ciężko poruszająca się klatka piersiowa nawet nie miał bym pewności, czy oddycha.
- O co się wczoraj pobiliście? – wtrącił opanowanym głosem Sasori, dokładnie wycinając rączkę drewnianej lalce. Na sam widok miałem ochotę krzyknąć z bólu. 
- Nie ważne – odmruknął w którymś momencie Nagato. 
Chłopaki prychnęli. 
- Oczywiście, może mi jeszcze powiesz, że dla zabawy jeden z was ma obity pysk, a drugi potłuczoną rękę? – zaśmiał się ironicznie Kakuzu.
W pomieszczeniu zapanowała cisza, przynajmniej tak wywnioskowałem. Do moich uszu z niewyobrażalną siłą docierały najmniejsze szmery, co zapewne było spowodowane alkoholem, który – chcąc nie chcąc – nadal znajdował się w moim organizmie. 
- Milczenie na nic wam się nie zda. Mamy czas – odparł spokojnie Sasori, unosząc swój wzrok znad lalki i obarczając mnie swoim spojrzeniem. Drgnąłem. Sam nie wiem dlaczego, może przez to, ze ten opanowany, chłodny rudzielec często wydawał mi się przerażający, czego nigdy nie dawałem po sobie poznać. 
- No więc jak, współpracujecie, czy mamy zacząć działać inaczej? – zapytał w którejś chwili Hidan z uśmiechem. 
Nie wiem, czy to moja wyobraźnia spłatała mi figle, czy naprawdę Hidan miał zamiar nas torturować. Ta myśl cały czas siedziała mi w głowie z różnych powodów. Przynajmniej na różne sposoby ją tłumaczyłem: dzięki temu nie musiałem myśleć o człowieku, który siedzi w tym pomieszczeniu z taką samą sytuacją co ja i – nie oszukujmy się – nie chciałem wspominać tego, co wydarzyło się wczorajszej nocy. Za każdym razem, gdy chciałem przywołać tamto wydarzenie, przed oczami stawał mi zupełnie obcy Nagato z tak zawziętym wyrazem twarzy, że brakowało mi tchu. 
- Yahiko, zawsze taki rozgadany, a teraz nie masz nic do powiedzenia? – zaśmiał się Zetsu, przysuwając się bliżej mnie. Tak strasznie zirytował mnie swoją czynnością, że mocniej zagryzłem zęby, o ile w ogóle było to możliwe. Nie dość, że to nie ja zostawiłem swoją dziewczynę po usłyszeniu, że jest w ciąży, nie namawiałem jej do aborcji to i tak chłopaki przyczepili się do mnie. Stałem się jakąś czarną owcą wybraną przez pieprzony los. 
- A co mam ci powiedzieć? – warknąłem. 
- Znudził ci się hazard, więc stwierdziłeś, że czas pobawić się w boksera, co? – zaśmiał się z satysfakcją, dotykając mojej zranionej ręki, którą od razu wyrwałem. 
- Może zamiast mnie, to przyczepcie się do tamtego osobnika. – Mruknąłem z jadem, wskazując na postać Nagato.
- Odczep się ode mnie – odszczeknął się, lekko podnosząc głowę. 
- Hmpf. Więc powiedz naszym kolegom, co się wczoraj wydarzyło – odgryzłem się, oczekując jego reakcji. 
- Nagato? – zapytał wyczekująco Itachi.
- Nie wasz interes! – krzyknął, powodując tym samym zdziwienie wszystkich zgromadzonych. 
- Ha – zaśmiałem się. – Kto by pomyślał, że wystarczy cię tylko sprowokować, abyś pokazał pazurki. Może powiesz im to samo, co wczoraj mi, co? – Moje hamulce zostały zerwane. Stwierdziłem, że i tak już więcej oberwać nie mogę, no chyba że kometa postanowi spać na część mojego miasta. Ale tutaj – w pokoju klubowym – i tak byłem na straconej pozycji, dlatego jedyne co mi pozostało, to sprowokować Nagato, aby zaczął mówić. 
- Nie mam nic do powiedzenia. 
- Czyli jednak coś jest – skwitował Dei, opierając głowę na łokciu. 
- To możesz chcesz, żebym ja się z nimi tym podzielił? – zapytałem, uśmiechając się z zadowolenia. Wiedziałem, jak to rozegram. Wiedziałem, co zrobię. W głowie ułożyłem plan, który kroczek po kroczku chciałem zrealizować, by potłuc otoczkę obojętności Nagato. Mimo wszystko, wiedziałem, gdzie powinienem skończyć. – Mam im powiedzieć? – zawtórowałem, dokładnie obserwując jego ruchy. 
- Spieprzaj – mruknął rudowłosy, odwracając wzrok. 
- A proszę cię bardzo. Mogę im powiedzieć, jaka z ciebie menda. Jak łatwo przyszło ci zostawić dziewczynę po tym, jak powiedziała ci, że oczekuje dziecka – zacząłem mówić. Ku mojemu zdziwieniu nikt z Akatsuki mi nie przerywał. Niczym potulne dzieci słuchali wszystkich słów, które wychodziły z moich ust. Byłem pewny, że są ciekawi, jak dalej się to potoczy. Niezaprzeczalnie, ja też byłem. – Uciekłeś od niej, zostawiając ją samą z „problemem”. – Zaakcentowałem. – Jak to sam ująłeś. Nie interesowało cię zupełnie nic. Żyłeś lepiej niż wcześniej, co? 
- Zamknij się! – wrzasnął w pewnym momencie. 
- Bo co? Prawda boli? – Parsknąłem. – Udajesz twardego, ale w rzeczywistości jesteś rozwydrzonym bachorem, który nie potrafi wziąć odpowiedzialności za swoje czyny. 
- Uważasz, że byłbyś lepszy? – Spojrzał na mnie tym samym wzrokiem, którym uraczył mnie wczoraj w nocy. Przerażonym spojrzeniem, które starał się zakryć za maską arogancji i złości. – Tak się rzucasz, a sam nigdy nie potrafiłbyś się postawić na moim miejscu! Łatwo ci mówić, nie będąc w to zamieszanym! – Jego głos coraz bardziej się unosił, a moje nerwy wystawiane były na ciężką próbę. – Zrobiłbyś to samo co ja! Byłbyś taki sam! 
- Na pewno nie kazałbym jej usunąć dziecka! – wrzasnąłem. Dopiero po czasie zorientowałem się, co powiedziałem. Wydałem coś, co powinno zostać tylko między nami, ale w tamtym momencie było już za późno. Całe Akatsuki spojrzało na mnie ze zdziwieniem, w którym można było wyczytać przerażenie. Chwilę później spoglądali na Nagato, ale z zupełnie innym wyrazem. Te słowa nie powinny być wypowiedziane. Wiedziałem to, ale nie potrafiłem cofnąć czasu i któryś już raz z kolei przekląłem, że nie mam takiej mocy.


I w ten oto piękny sposób mamy koniec rozdziału. Nawet sobie nie wyobrażacie, jakiego napływu weny dostałam. Dzięki temu chapterkowi mam już w głowie plan na następne, a także na rozwój wątków pobocznych. W każdym razie nie będę się teraz rozwodzić nad tym bardziej, bo znając mnie, jeśli za miesiąc opublikuję kolejny rozdział to będzie cud. Mam nadzieję, że nie zniechęci Was to do dalszego czytania. 
Ale do rzeczy. Jakie odczucia po rozdziale? Jestem bardzo, ale to bardzo ciekawa, bo wiem, że nic nowego zbytnio nie wprowadziłam. W każdym razie muszę przyznać, że jest to ważna część opowiadania, bo teraz znowu zaczną się lekkie schody. Ale to później. Zastanawia mnie też, czy nie przeszkadzają Wam przekleństwa, których się parę przewinęło - osobiście jestem bardzo przeciwna tego typu słowom w opowiadaniach, jednak czułam, że bez nich nie będzie odpowiedniej atmosfery.
No i na sam koniec. Co sądzicie o nowym szablonie? Zmiany zawsze motywowały mnie do szybkiego dodania kolejnego rozdziału, dlatego poświęciłam dzisiaj chwilę, by odświeżyć wygląd. Mam nadzieję, że się podoba, albo przynajmniej jest znośny...
Oczywiście dziękuję za liczne komentarze pod poprzednim rozdziałem i aż 29 czytelników! Nigdy nie sądziłam, że się tylu dorobię, naprawdę Wam dziękuję. Jak zawsze czekam na Wasze opinie - pozytywne i negatywne - wszystko mile widziane. Ważne, abym wiedziała, co robię źle, a co jest w porządku. No i... Do następnego!


AAA! Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, to może niedługo oddam w Wasze ręce One Shot'a wynagradzającego brak romansu w opowiadaniu! Ale... Nie obiecuję, tylko informuję :) Miłego weekendu!

11 komentarzy:

  1. Po pierwsze, bo zapomnę: Możesz mi przesłać trochę weny?

    Hmm… Jakoś ten rozdział taki… emocjonujący xD Taki trzymający w napięciu.

    Łasic jako matka? 0.o Łasico-matka? 00.oo
    Jak fajnie rozegrałaś to wydarzenie w klubie. Tak naturalnie ^.^
    Też chcę taką umiejętność "cofania czasu" ;-;

    A szablon bardzo ładny. I co do wulgaryzmów, to jestem za, bo oddają taki nastrój xD

    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *WENA* -> proszę, przekazuję :) Mi na razie nie potrzebna, a przy nauce historii się zmarnuje. ;) Cieszę się, że rozdział mimo wszystko się spodobał. A co do Łasico-matki... Haha, jest to taki efekt moich głupich rozmów z koleżanką :3 Jeśli chodzi zaś o tą "naturalność" jak to nazwałaś, to ja właśnie mam z tym problem. Zawsze wydaje mi się, że rozgrywam te sceny sztucznie...

      Usuń
  2. O jejciu, jejciu! Nie mogłam się już doczekać no :D
    Cudo, cudo cudo *.* Niektóre teksty mnie rozwaliły normalnie ;p Ogólnie rozdział bardzo fajny, no i zaczyna się wszystko wyjaśniać ;) Co do przekleństw, mi to absolutnie nie przeszkadza. Również wyznaje zasadę, że jeżeli postać i nastrój ma być odpowiedni i zadowolić czytelników, to trzeba użyć wszystkich możliwych środków :) Czy wspominałam już, że kocham Twój styl pisania? Jeżeli nie to przepraszam, a jeśli tak, to się powtórzę... Kocham Twój styl pisania! Taki luźny, życiowy, z emocjami i taki no... cudowny no ;* Yahiko jest the best ;D Szablon bardzo ładny :)
    Już czekam na następny rozdział :)
    Duuuuużo weny życzę.
    Pozdrawiam Bel~chan ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1. Dziękuję Ci za te miłe słowa. Nawet nie wiesz jak strasznie zmotywowałaś mnie do dalszego tworzenia. Nie często miałam okazję usłyszeć, że ktoś lubi mój styl pisania, a zdaję sobie sprawę, że jest on najważniejszy (no dobra, na równi z fabułą).
      2. Kolejna rzecz, którą mnie zmotywowałaś. Ogromnie się cieszę, że są czytelnicy, którzy wyczekują nowych rozdziałów. Szczególnie, że ja do osób systematycznych nie należę i niejednokrotnie trzeba było czekać na rozdział dwa miesiące lub nawet dłużej. Dziękuję, że mimo to ze mną jesteś! Postaram się nie zawieść i jak najszybciej dodać następny rozdział. Przewiduję, że w dwa tygodnie powinnam się wyrobić, chociaż chciałabym dodać kolejny trochę wcześniej, ale wszystko zależy od mojego "grafiku" (Boże, jak to brzmi *.*).

      Usuń
  3. Przeczytałam, dlatego też (nie tylko dlatego!) Zostawiam po sobie komentarz, jako "pisząca" doskonale wiem, jakie to jest miłe i potrzebne, bowiem bardzo motywuje..

    Pozdrawiam! www.lillielight.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Och. Nie wiem od czego zacząć. Najpierw powiem ci, że cieszę się, że dodałaś rozdział i że mogłam go przeczytać.
    Ogólnie robiłam sobie przegląd blogów, które czytam. Znalazłas się w trójce moich blogów ulubionych. Chyba się cieszysz, nie? Mam taką nadzieję, że sprawiłam uśmiech na twojej twarzy.
    Szablon. Jak weszłam to nie poznałam bloga, ale teraz jest lepiej. Ładnie dobrane kolory. Naprawdę kolorystyka mi się najbardziej podoba. Jest zrobiony łądnie, przejrzyście i nie ma w nim takiego bałaganu, że jest 1000 elementów, co czesto mnie irytuje. Tylko ty sama robisz te szablony?
    Także, kiedy już ogarnęłam szablon, przepatrzyłam wszystkie strony postanowiłam wziąć się za czytanie. Zaczęłam czytać i gdzieś w połowie rozdziału stwierdziałam, że Yahiko swoim zachowaniem i postrzeganiem świata bardzo przypomina mnie. Moje kontakty z matką są, hmm... Średnie. I kiedy jestem wkurzona, lub coś mnie zdenerwuje nie płacze i nie użalam się nad sobą, tylko najchętniej pozabijałabym wszystkich wokół. Jednak to było takie małe wtrącenia, a wracając do rozdziału.
    Yahiko jako taki buntownik strasznie mi się podoba. W sumie zawsze podobali mi się ludzie z takim charakterem, ale to tez już mówiłam.
    Spotkanie Akatsuki tak? Czyli wierni przyjaciele wkraczają do akcji, chcąc coś naprawić, ale nie zdają sobie sprawy, że pogarszają sytuacje. To jest dośc przykre, bo człowiek chcąc pomóc jedynie przeszkadza. Zdenerwowała mnie bardzo łasica. Okazał się konfidentem (ach jak ja lubię teraz to słowo) W twoim opowiadaniu szczerze powiedziawszy go lubiłam, chociaż normalnie nie pałam do niego sympatią. Jednak to mnie bardzo zdenerwowało.
    Co do wulgaryzmów. Czasem są potrzebne, ale nie można przesadzic. Kiedyś używałam ich za dużo i teraz jak czytam tamto, to szczerze powiedziawszy odechciewa mi się. Umiejętnie stosowane, naprawdę wzbogacają tekst i tutaj wyszło to łądnie.
    Także kończę mój drugi tak długi komentarz. Czekam na następny rozdział i mam nadzieję, że pojawi się on nieco wcześniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeju, nawet sobie nie wyobrażasz, jaki ogromny zaciesz zawitał na mojej buźce, gdy przeczytałam, że znajduję się w trójce Twoich ulubieńców. Takiego zaszczytu się nie spodziewałam oO Dziękuję z całego serca!
      Szablon - owszem - mojego autorstwa, do czego aż wstyd się przyznać. Zawsze chciałam tworzyć takie layouty jak niejedna szabloniarnia, ale - chcąc nie chcąc - wcale mi to nie wychodzi. Miałam okres, że zamawiałam, ale teraz stwierdziłam, że skoro opowiadanie jest moje to i szablon też powinien. Cieszę się, że jest w miarę znośny. Sama wolę bardziej minimalizm, jeśli chodzi o blogi, bo czasami nadmiar mnie rozpraszał.
      Yahiko jest pewnego rodzaju odzwierciedleniem mojej osobowości, ale nie tej, którą pokazuję światu, tylko tej, którą chowam głęboko w sobie. Wydaję mi się, że ten zabieg pozwala mi przetrwać we własnej rzeczywistości. Miałam też na celu stworzyć postać, z którą czytelnicy będą mogli się w jakimś stopniu utożsamiać, ponieważ wiem, że wtedy cała historia robi się bardziej rzetelna i wciagająca. Przynajmniej ja zawsze miałam takie odczucia. Co zaś tyczy się Akasiów i ich "podejścia do problemu" wzięłam to czysto z doświadczenia. Na pewno sama tak miałaś.
      Konfident <3 Miałam okres, że nadużywałam tego słowa. Jeśli zaś chodzi o Itasia... No cóż, może mnie znienawidzisz, może nie, ale mam dla niego "specjalną" rolę w opowiadaniu, trochę wybrukowaną i to, czy czytelnicy go po wszystkim polubią, czy znienawidzą będzie tylko i wyłącznie zależało od nich. Sama uwielbiam tą postać, ale tutaj ściśle swoich upodobań się nie trzymam.
      Dziękuję za taki cudowny komentarz, na który poświęciłaś swój wolny czas. Na pewno zdajesz sobie sprawę ile radości wywołuje u blogera szczera opinia, na której może się podeprzeć. Zmotywowałaś mnie i to bardzo ;) Rozdział oczywiście - wedle moich starań - ukaże się jak najszybciej, jednak na pewno nie w przeciągu tych dwóch tygodni. Być może - jak obiecałam - obdaruję jakimś One Shot'em, ponieważ muszę troszkę ustabilizować historię w głowie, by móc ją kontynuować.
      Dziękuję jeszcze raz <3

      Usuń
    2. Ach no i jeszcze coś. Bardzo dobry pomysł z tym jakby krótkim opisaniem Bloga. Mam nadzieję, że nie obrazisz się jeżeli też z czegoś takiego skorzystam u siebie? ;)

      Usuń
  5. Strasznie mi się spodobał ten blog i żałuję, że wpadłam na niego tak późno. Ale wchłonęłam te 8 rozdziałów, a teraz czuję taki niedosyt... dlaczego nie ma ich dwa razy więcej? :c
    Podoba mi się, że w twoim opowiadaniu wszystko jest takie prawdziwe. Nic nie jest przesłodzone, nie ma jakiś przesadnych dramatów, płaczów...
    Strasznie uwielbiam Yahiko, a tu szczególnie. Jest po prostu takie przemegazajebisty, że ojacie *.* Mam nadzieję, że kiedyś powie Konan co czuje, bo ona też jest świetna, a teraz kiedy jest w ciąży (btw. świetny pomysł) potrzebuje wsparcia jeszcze bardziej.
    Nagato jest tutaj mega chujem i naprawdę... nic go tutaj nie usprawiedliwi, nawet jeśli się boi. Niech się ogarnie.
    No czekam na następny rozdział, życzę weny i chęci do pisania, pozdrawiam! c:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami mam straszne wyrzuty sumienia, że tak potraktowałam Nagato, choć przyznać muszę, że go lubię. Ale na kogoś paść musiało.
      Dziękuję za tyle miłych słów. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że moje opowiadanie da się czytać i w miarę sprawnie to idzie :) A co do przesadzonych dramatów... Życie aż tak bardzo przesadzone nie jest, więc staram się pisać tak, aby wszystko wydawało się w miarę realne.
      I tak w głębi duszy to mam nadzieję, że uda mi się dobrnąć do 16 rozdziałów ^^ z moim tempem to będzie za jakiś rok =.=

      Usuń