poniedziałek, 30 grudnia 2013

Chapter 9

Szara rzeczywistość
dodane przez: Meaghan    komentarze

Długość: 15 618 znaków

Postacie: Konan, Akemi

O. A. : Nie, nie jestem w pełni zadowolona z rozdziału. Szczególnie, że miałam ogromną przerwę w pisaniu. Mam nadzieję, że nie jest tak źle. Życzę miłego czytania i czekam na Was na końcu rozdziału <3





~ Z perspektywy Konan
Noc była długa. Jasne światło księżyca przedzierało się przez kremowe żaluzje, dosadnie dając mi do zrozumienia, że nie usnę. Zbyt wiele myśli kłębiło się w mojej głowie, nie mogąc znaleźć ujścia. Sprzeczały się same ze sobą, powodując, że z moich oczu wydobywała się słona ciecz.
Od początku wiedziałam, że będzie ciężko. Zdawałam sobie sprawę, że nie będzie to cudowny, dziewięciomiesięczny okres oczekiwania na przyszłe potomstwo. Nawet się nie łudziłam, że rodzice przyjmą tą wiadomość z radosnym uśmiechem na ustach, witając nowego członka rodziny. Mimo to, nie spodziewałam się, że nawet O N będzie przeciwko mnie. Być może byłam zaślepiona lub po prostu wierzyłam, że Nagato nie jest rozwydrzonym, bogatym bachorem, za którego go początkowo miałam. Jednak pomimo wszystko chciałam być po jego stronie, dlatego tak strasznie próbowałam tłumaczyć sobie każdą jego decyzję lub zachowanie. Usprawiedliwiałam go, w głębi duszy zdając sobie sprawę, że to wszystko było tylko złudnymi nadziejami, którymi się karmiłam.
Delikatnie obróciłam się na drugi bok, uważając na rurki przyczepione do mojej ręki. Przezroczyste cholerstwo coraz bardziej uświadamiało mi, że trzeba zacząć myśleć o wszystkim na poważnie. I chociaż potrafiłam to sobie uświadomić, bałam się zrobić cokolwiek, ponieważ cały czas miałam przeświadczenie, że mogę żałować każdej swojej decyzji. 
Głęboko wciągnęłam powietrze, po czym położyłam się na plecach. Zaczęłam wpatrywać się w biały sufit, który w tamtym momencie przybierał szarawo-czarny odcień, a blade światło księżyca tworzyło na nim różnorodne wzroki. W pewnym momencie wydało mi się, jakbym zobaczyła tam własne odbicie, jednak będące zupełnie odmiennym od stanu, w którym się znajdowałam. 
 Tak, byłam w rozsypce, ledwo trzymając się na skraj wytrzymałości. Gdybym tylko miała okazję znaleźć się parę centymetrów nad przepaścią, jestem pewna, że nie zawahałabym się skoczyć.



Nie mogąc się wygodnie ułożyć, znowu przekręciłam się na bok, lekko przygryzając wargę w momencie, gdy zbyt mocno pociągnęłam za rurkę. Co prawda, ból był znikomy, jednak dosadnie dawał mi on do zrozumienia, że to nie jest zły koszmar, tylko rzeczywistość. 
Powinnaś usunąć to dziecko, Konan.
Słowa Nagato cały czas obijały mi się w głowie, powodując potok łez spływających po moich policzkach. Pragnęłam się uspokoić, by móc wszystko przemyśleć, jednak nie potrafiłam. 
Tak będzie lepiej dla nas wszystkich.
Mocno zacisnęłam powieki, przy okazji przygryzając dolną wargę. Moje ręce mimowolnie złapały się brzegu łóżka, jak gdybym bała się, że ktoś chce mnie stąd wyciągnąć siłą. 
Jesteś zbyt młoda i nieodpowiedzialna. 
Wyraz twarzy mojej matki stanął mi przed oczami, a jej słowa spowodowały cichy szloch. Miałam ochotę krzyczeć, płakać i użalać się nad sobą, ale nie miałam na to siły. Zamiast tych bezsensownych czynności, wolałam wmawiać sobie, że wcale mi to nie pomoże, a tylko pogorszy moje samopoczucie. 
Żałuję, że cię urodziłam.
Słowa niczym nóż wbiły się w moje serce, powodując kolejny, tym razem głośniejszy szloch. Poczułam, jak rozpadam się na kawałki i zupełnie nie kontroluje ani siebie, ani swoich myśli. Wszystko było po prostu szare lub całkowicie przezroczyste, jakby straciło mną zainteresowanie. 
Głośno wdychając powietrze, przetarłam dłonią swoje załzawione policzki, po czym delikatnie podniosłam się na kozetce. Usiadłam na jej brzegu, spuszczając nogi na ziemię. Chłód białej posadzki dał mi przyjemne ukojenie, jednak tylko na chwilę. Myśli, które kłębiły się w mojej głowie, były coraz głośniejsze i bardziej namolne.
Nie myśląc zbyt długo, zwinnym ruchem odłączyłam od siebie całe oprzyrządowanie i ruszyłam w kierunku zasłoniętego okna. Chwyciłam za pojedynczy sznurek, po czym odsłoniłam widok na zewnątrz, mając nadzieję, że ujrzę coś, co pomoże mi się pozbierać. Usiadłam na dużym parapecie, a nogi oparłam o bladą ścianę.
Widok był… zwyczajny. Oprócz paru świecących latarni, bezdomnego psa i szarych chodników, nic nie zwróciło mojej uwagi. Wszystko było takie, jakie powinno. Ludzie żyli własnym schematem, zupełnie nie przejmując się czymś, co ma nadejść. Miałam wrażenie, że tylko ja tkwię w tej pułapce bez wyjścia i staram się napisać scenariusz swojego przyszłego życia. Wprawdzie nie przerażało mnie to tak bardzo jak fakt, że widzę wszystko w szarych kolorach. 
Oparłam głowę o zimną szybę i zaczęłam się zastanawiać. Czy aby na pewno nadaję się na matkę? Wiedziałam, że będzie wymagało to ode mnie wielu poświęceń i musiałabym skłamać, gdybym stwierdziła, że nigdy nie myślałam o aborcji, jednak… W pewnym momencie narodziło się we mnie uczucie, którego nie potrafię opisać. Poczułam się odpowiedzialna za dziecko, które było wewnątrz mnie i nawet byłam w stanie oddać swoje życie, by mogło ono żyć. 
Nawet nie zauważyłam kiedy, a moje ręce powędrowały w kierunku brzucha, delikatnie go gładząc. To było moje dziecko. Czy kiedykolwiek byłabym w stanie powiedzieć, że go nienawidzę? Owszem, nie potrafiłam pogodzić się z okolicznościami, w których się pojawiło, ale… Kochałam je. 
Dlatego nie mogłam usunąć ciąży. 
Delikatnie osunęłam się z parapetu, przecierając swoje załzawione oczy. Byłam senna, jednak nie mogłam zrobić nic, by zasnąć. Gdy tylko położyłam się na łóżku, niczym bumerang wracały do mnie wszystkie słowa, które nie tak dawno wyszły z ust Nagato i mojej matki. A były bolesne. Bardzo… 
Niechętnie zwlekłam się z parapetu, po czym ruszyłam w kierunku łóżka. Sprawnym ruchem zrzuciłam kołdrę i położyłam się na wznak, starając się ze wszystkich sił wyrzucić ze swojej głowy złe wspomnienia sprzed paru godzin. Próbowałam wielu rzeczy, by zapomnieć. Czasami nawet przyłapywałam się na tym, jak próbuję wykreować w swojej głowie zupełnie inny przebieg tych rozmów. O wiele bardziej życzliwy. 
- Jesteś głupia, Konan – mruknęłam sama do siebie, po czym znowu obróciłam się na bok.
Zmęczona, przymknęłam oczy. W myślach zaczęłam liczyć do stu, by tylko nie nakierowywać swojego myślenia w innym kierunku. Mimo to, wciąż miałam przed oczami wyraz twarzy Nagato i przeszywające spojrzenie mojej matki. 
Musisz usunąć to dziecko.
Moje dłonie mocniej zacisnęły się na kancie łóżka, przez co poczułam znikomy ból. Był on niczym w porównaniu z tym, co przechodziła moja psychika. Chciałam mieć to już za sobą lub wrócić do czasów, gdy wszystko było w porządku. Zatęskniłam za normalnymi, sporadycznymi kłótniami z rodzicami, wiecznie cichym, ale przyjaznym Nagato i wciąż roześmianym Yahiko.
- Yahiko… - szepnęłam pod nosem, ocierając twarz dłońmi. 
Podniosłam się lekko na przedramieniu, wlepiając swoje spojrzenie w okno. Wszystkie moje myśli gdzieś wyparowały,  sama zaś zapomniałam, czym tak bardzo się martwiłam. 
Nie jesteś sama, zrozum to wreszcie. 
Przywołałam w pamięci zdeterminowaną twarz Yahiko, wszystkie emocje, jakie mu towarzyszyły, a także uśmiech, którym uraczył mnie parę minut po tych słowach. 
Możesz na mnie liczyć. 
Pojedyncza kropla spłynęła po moim policzku, a ręce ponownie zacisnęłam na łóżku, tym razem o wiele mocniej, bardziej zdeterminowanie. Pociągnęłam nosem, by po chwili przetrzeć wszystkie łzy i znowu położyć się na wznak. 
Nie wiem, ile tak leżałam. Nie pamiętam nawet tego, o czym myślałam. Jednak mimo to, pewna jestem jednej rzeczy – byłam spokojna, ponieważ wiedziałam, że wcale nie jestem sama. Uświadomiłam sobie, że sytuacja, w której się znajdowałam nie była problemem, tylko przeszkodą, z którą musiałam się zmierzyć. 
Usnęłam, mając w głowie wyobrażenie lepszej przyszłości. 
Do życia obudził mnie cichy stukot ciężkich butów. Obuwie leciutko obijało się o posadzkę, powodując nieprzyjemny odgłos wydawany z każdym krokiem. Słysząc go coraz bliżej siebie, niechętnie przetarłam dłonią zaspane powieki, po czym leciutko je uchyliłam. Od razu uderzyła mnie jasność pomieszczenia i intensywność niebieskiej pościeli, pod którą leżałam. Dopiero chwilę później zauważyłam, że pochyla się nade mną krucha kobieta, majsterkując coś przy mojej ręce.
- O, widzę, że się panienka obudziła – powiedziała, a jej przyjemny głos rozległ się w mojej głowie. Wówczas dopiero wtedy zauważyłam, jak dokucza mi  migrena. – Śniło ci się coś w nocy? – zapytała, na co od razu zaprzeczyłam. – Wszystkie rurki były wyrwane, myślałam, że zrobiłaś to podczas snu. Mam nadzieję, że to nie było celowe. – Uśmiechnęła się do mnie sztucznie, ponownie montując całe oprzyrządowanie. 
Otworzyłam usta, by coś powiedzieć, jednak powstrzymałam się w ostatniej chwili. Nie miałam ochoty na jakiekolwiek dyskusje z kobietą, która tylko udaje życzliwą, a w głębi duszy zapewne przeklina fakt, że musi się mną zajmować. 
Głośno wypuściłam powietrze, po czym bez słowa podparłam się na przedramieniu. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, dzięki czemu mogłam stwierdzić, że wszystko jest takie same, jak wczorajszej nocy. 
- Chcesz odpocząć? – zapytała kobieta. Widziałam w jej oczach, jak pragnie, bym odpowiedziała „tak”. Generalnie taka odpowiedź była mi na rękę, ponieważ o wiele bardziej wolałam zostać w tym momencie sama, dlatego odpowiedziałam jej szybkim skinieniem głowy, na co tylko się uśmiechnęła. – W takim razie jak będziesz czegoś potrzebować, to dzwoń – powiedziała i zniknęła za drzwiami.
Cieszyłam się, że zostałam sama. Nie musiałam się zastanawiać, czy mogę coś zrobić, czy też nie, dlatego nie myśląc długo, szybko podeszłam do okna, ponownie odpinając od siebie całe oprzyrządowanie. Czułam się z nim źle, jak gdyby wielkimi krokami zbliżała w moim kierunku śmierć. Tego typu uczucie wcale nie należało do najprzyjemniejszych, dlatego wolałam pozbyć się go jak najszybciej, by nie niszczyło mojej namiastki psychiki. 
Usiadłam na parapecie i znowu zaczęłam przyglądać się dobrze znanemu krajobrazowi. Nie uszło mojej uwadze, że ludzi było znacznie więcej i każdy pędził w swoją stronę, zupełnie niezainteresowany drugim człowiekiem. Nigdzie nie mogłam także dostrzec psa, który w nocy biegał z jednej na drugą stronę ulicy, dlatego stwierdziłam, że wrócę do łóżka, skoro nic nie przyciągnęło mojej uwagi. Już miałam się podnieść, gdy nagle usłyszałam głos mojej matki.
- Już się lepiej czujesz? – zapytała z udawaną grzecznością.
Przytaknęłam ruchem głowy. 
- To dobrze. Siadaj na łóżku, musimy porozmawiać. – Wzrok, którym mnie uraczyła, dobitnie dawał mi do zrozumienia, że rozmowa nie będzie należała do najprzyjemniejszych. Mimo to, posłusznie spełniłam jej prośbę i usiadłam na brzegu własnego łóżka. – Przemyślałaś to? 
- Co? – zdziwiłam się, zupełnie nie mogąc skojarzyć faktów. 
- To, o czym rozmawiałaś z Nagato – odparł na jednym tchu, po czym zajęła miejsce obok mnie. – Kiedy jedziemy do kliniki? – zapytała od razu, jak gdyby w ogóle nie obchodziło jej moje zdanie. Nie zdziwiłabym się, gdyby naprawdę tak było. 
- Nigdzie nie jadę – żachnęłam się, lekko od niej odsuwając.
  - Co proszę? – zapytała, starając się stwarzać pozory spokojnej. 
- Nie usunę tego dziecka – odparłam pewnie, próbując nie uciekać wzrokiem. Było to dla mnie ogromne wyzwanie, szczególnie że Akemi nie szczędziła swojej złości, patrząc na mnie. 
- Coś ty powiedziała? 
- Nie usunę tego dziecka – powtórzyłam, akcentując ostatnie słowo. 
- Myślisz, że masz coś do gadania?! – wrzasnęła, podnosząc się ze swojego miejsca. 
- Tak, bo to moje dziecko – odparłam spokojnie, by chwilę później tego pożałować. Zimna ręka mojej matki wymierzona wprost w mój policzek była niczym wiadro zimnej wody. Czując mrowienie, szybko złapałam się za bolące miejsce, po czym wlepiłam swoje wielkie, zdziwione oczy w Akemi. – Co ty? – wydukałam, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co chciałam powiedzieć. 
- Jak ja cię wychowałam?! – Podniosła głos. – Zero szacunku dla starszych, a tym bardziej do matki. Nie urodzisz tego dziecka, nie będę zajmowała się twoim bachorem, które i tak nie będzie nic warte…
- Wyjdź! – wrzasnęłam, przerywając jej. Moja cierpliwość wyczerpała się w momencie, gdy uświadomiłam sobie, że jak strasznie mną pomiata.Musiałam robić to, co ona chciała i było tak, odkąd pamiętam. Dopiero teraz zebrałam w sobie wystarczającą ilość siły, by się sprzeciwić. – Wyjdź stąd! – krzyknęłam ponownie, widząc brak jakiejkolwiek reakcji ze strony swojej rodzicielki. 
Wyszła, uraczając mnie przeszywającym wzrokiem. Nie, nie czułam wyrzutów sumienia, nawet przez myśl mi nie przeszło, by poczuć się głupio ze względu na to, co się stało. Wiedziałam, że zasłużyła. Mimo wszystko nie obeszło się bez głośnego szlochu wraz z dźwiękiem zamykających się drzwi. 
Leżenie w szpitalu miało swoje dobre i złe strony. Te pierwsze zauważyłam dopiero po jakimś czasie, gdy wreszcie uświadomiłam sobie, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Z drugimi zaś było o wiele łatwiej. Nie trudno jest wymienić, czego nie lubiłam w tych budynkach. Po pierwsze – atmosfery. Białe, długie korytarze przesiąknięte zapachem wielu leków nie należały do najprzyjemniejszych. Po drugie – uczucie, że w tym miejscu nie tylko coś się zaczyna, ale także kończy. 
Będąc w tym miejscu przez okrągłe dwa tygodnie, czułam się tak, jakby ważna cząstka życia została mi odebrana. Tęskniłam za znajomymi, chociaż nigdy nie miałam na tyle odwagi, by do nich napisać. Wiedziałam, że gdy tylko odbiorą ode mnie smsa, przylecą niczym na zawołanie, nawet gdyby byli na drugim końcu świata. Byłam im za to ogromnie wdzięczna, jednak równocześnie czułam wyrzuty sumienia, że mogę pokrzyżować im plany, dlatego nigdy do nikogo nie napisałam. 
Dopiero po któreś z kolei nocy, gdy wszystkie słowa, którymi uraczył mnie Nagato zostały przysłonięte przez zapewnienia Yahiko stwierdziłam, że muszę spotkać się ze swoim nadpobudliwym przyjacielem. Odkąd pamiętam, zawsze sprawiał on, że mój humor był w o wiele lepszym stanie niż zazwyczaj, chociaż nigdy otwarcie się do tego nie przyznawałam. Dopiero teraz, gdy samotność doskwierała mi ponad wszystko, ponieważ matka nie odwiedziła mnie w szpitalu od naszej nieprzyjaznej rozmowy, musiałam napisać do kogoś, komu to obiecałam. 
Nie zwlekając za długo, z obawy, że mogę się rozmyślić, chwyciłam za swój telefon i napisałam smsa. Przez jakiś czas zastanawiałam się, trzymając palec na przycisku „wyślij”, jednak ostatecznie stwierdziłam, że właśnie tego potrzebuję.
Na odpowiedź nie musiałam długo czekać. Yah odpisał mi dosłownie po paru sekundach, sugerując, że odwiedzi mnie jutro i pomoże mi się spakować do domu. W duchu ucieszyłam się na ten gest i byłam prawie pewna, że nikt nie zepsuje mi humoru, dopóki w drzwiach nie zobaczyłam znów swojej matki. 
- Czego chcesz? – odparłam oschle, nie siląc się na żaden uśmiech. O dziwo, Akemi wcale nie zareagowała niemiło. Cały czas wpatrywała się we mnie swoimi brązowymi, jakby zdenerwowanymi, a zarazem przepełnionymi litością oczami. 
- Konan… - szepnęła niewyraźnie, wolno do mnie podchodząc. – Wczoraj… - zawahała się. 
- Wczoraj co? – Byłam w jej stosunku niemiła i to strasznie. Wszystko dlatego, że pragnęłam, aby wreszcie wyniosła się z tego pomieszczenia, zostawiając mnie samą. 
- Przyszły wyniki twoich badań. – Jej oczy szybko uciekły w stronę okna, co zbiło mnie z pantałyku.  
- I co w związku z tym? – zapytałam, nieco mniej złośliwie. W mojej głowie zapaliła się czerwona lampka, przez co ogromna gula utknęła w moim gardle. – Mamo? – zapytałam, nie mogąc doczekać się jej reakcji.
Cisza. 
Dopiero po jakimś czasie Akemi odwróciła się w moją stroną, a ja mogłabym przysiąc, że widziałam w jej oczach łzy. Nie wiedziałam, co się dzieje, jednak byłam pewna, że chyba nie chcę dowiedzieć się całej prawdy. 
- Tak mi przykro, Konan.
Widok przed oczami mi się rozmazał, a jedyne, co poczułam, to słone łzy na swoich policzkach. Potem była już tylko ciemność. 
Na sam początek swojej autorskiej przemowy napiszę coś, co stało się moim nałogiem: "nie bijcie!". Tak, wiem, że jestem okropna i nie potrafię ogarnąć swoich czterech liter by pisały w mniejszych odstępach czasu, jednak nic nie mogę poradzić, że jest to ode mnie silniejsze. Po prostu piszę wtedy, kiedy z moim humorem jest wszystko w porządku, a ostatnio było z tym ciężko.
Dobra, nie będę Wam tutaj streszczać moich życiowych problemów.
Rozdział jest, jaki jest. Prawdę powiedziawszy, strasznie nie jestem z niego zadowolona. Nawet nie wiem, dlaczego. Po prostu mam wrażenie, że jest gorszy, oklepany i takie tam... W każdym razie, chciałabym się dowiedzieć, co wy o nim sądzicie.
Z góry chciałabym także przeprosić za błędy - rozdział nie jest sprawdzany, zrobię to przy najbliższej okazji. Dzisiaj mam ochotę tylko zamknąć się w czterech ścianach i przywrócić moją wenę do życia.
 Co tam jeszcze...  A fakt. Jak pewnie niektórzy z Was zauważyli, zaktualizowałam status bloga - jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, to opowiadanie zamknie się w dwudziestu rozdziałach. Nie wiem, czy na pewno, jednak wiem, że maksymalnie. Powiem Wam jeszcze tyle, że cudowna komedia już się kończy. Niestety, będę niemiła dla swoich bohaterów, ale to jeszcze potrwa z 4 rozdziały.
No cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak napisać "Do następnej publikacji".
NIE. Nie powiem, kiedy ona będzie. Wolę już o niczego nie obiecać.

PS. Czy znalazłby się ktoś, kto byłby w stanie pomóc mi z szablonem? Byłabym przeogromnie wdzięczna <3

10 komentarzy:

  1. Yaaa! Rozdział!
    Kochana, już się zaczęłam martwić, że Cię tak długo nie ma... tęskniłam za tym opowiadaniem :)
    Przeczytałam go z zapartym tchem i nie zwróciłam uwagi czy są jakieś błędy czy nie ;) I proszę mi tu nie mówić, że rozdział jest gorszy! Jest świetny i czyta się równie wspaniale jak pozostałe :) Już się nie mogę doczekać... jestem taka ciekawa... :P Mam nadzieję, że wena i ochota szybko do Ciebie powrócą :) U mnie jest podobnie... może to przez tą okropną pogodę? Nic się nie chcę... Ale trudno. Rozdział naprawdę świetny, niczym się nie martw ;p
    Pozdrawiam serdecznie! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa. Cieszę się, że nadal ze mną jesteś. Co do rozzdziału... ja zawsze narzekam, czyż nie? W każdym razie 10 rozdział mam już napisany w połowie, więc na pewno przerwa będzie krótsza niż ta ostatnia. Pozdrawiam ;*

      Usuń
  2. A mnie się bardzo podobało, nie masz na co narzekać! Pomimo, że rozdział bardziej depresyjny to czuć w tym jakieś ukojenie. Sama nie wiem, ale przyjemne uczucie. W końcu Yahiko na pewno pomoże Konan.
    Biedna dziewczyna, wszyscy namawiają ją do aborcji, obrażają, a matka jędza nawet nie zawaha się uderzyć. Jak dobrze, że Konan ma Yahiko bo bez niego finał na pewno nie byłby dobry.
    Ja już się cieszę - postawiła się matce, napisała do niego smsa, wszystko pięknie i cudnie c:
    Aż tu nagle - bum. Taka wiadomość, że aż się chce krzyczeć. :c
    Mam nadzieję, że Twoja wena powróci już niedługo i będziesz szybciej dodawać notki, bo oczekiwanie było męczarnią... Jedak ten rozdział zupełnie to wynagrodził :3
    Pozdrawiam! c:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam nadzieję, że wena mnie nie opuści. Jeju... Jak fajnie jest słyszeć, że ktoś czekał na nowy rozdział, yay *.* Cóż, tak jak wspominałam, opowiadanie jest bardziej dramatem, niżeli komedią czy romansem. W każdym razie dramat się na chwile troszkę skończy, by potem, cóż.. znowu powrócić... Mam nadzieję, że mnie za to nie zabijecie.

      Usuń
  3. Meaghan, mam prośbę, usuń proszę mój post powitalny na Katalogu Naruto jeśli masz dostęp do panelu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Więc... Ja przepraszam, ze mnie długo nie było, ale postanowiłam wziąć od tego tak jakby urlop.
    Widzę nowy szablon. Ładny ^^ Nie jest to może cudo nad cudami, ale ja takie szablony najbardziej lubie. Proste, ładne, estetyczne. Bez żadnych dupereli. Nie zmieniaj go.

    Co do opowiadania. I do rozdziału najbardziej. Ach był cudowny. Może dlatego, ze było tutaj tyle przemyśleń i dramatyzmu. Pewnie dlatego mi się tak podoba. Nie było sztuczności, ani przesadyzmu. Było akurat. Konan postanawia walczyć i bardzo dobrze. Jej matka mnie wkurza, a jeszcze bardziej wkurza mnie to, że takie matki naprawdę istnieją. Ech.
    Ogólnie to mam wrażenie, że pisząc ten rozdział musiałaś być smutna, albo chociaż melancholijna. Tak mi się wydaje, że pisząc ten rozdział myślałaś też nad swoimi życiowymi sprawami. Może się mylę, no ale cóż...
    Mówisz, ze komedia się kończy? I dobrze. Bądź niemiła wtedy to wszystko wydaje się jeszcze bardziej prawdziwe. I chociaż smutno mi jak czytam dramat, to jednak i tak to uwielbiam.

    Do następnego. Trzymaj się;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trafiłaś w samo sedno. Pisząc ten rozdział naprawdę miałam dużo przemyśleń na temat swojego życia, a że akurat tak się złożyło, że tamten okres był dość ciężki, to wyszło dosyć melancholijnie . Cieszę się, że mimo wszystko przypadło Ci do gustu. I cieszę się, że wróciłaś do mojego oowiadania. Naprawdę to doceniam ;)

      Usuń
    2. Czasem czytając czyjś rozdział można się wiele dowiedzieć o człowieku. Przynajmniej tak zauważyłam.
      Wrócić bym wróciła do twojego opowiadania. Tylko trochę mi się przedłużyło.
      Mam nadzieję, że ten lipny okres się już u ciebie skończył
      Trzymaj się ;)

      Usuń
  5. Dobrze mi się czytało ten rozdział. Nie wiem, dlaczego jesteś z niego niezadowolona. Przecież świetnie wyszedł :).
    Wprowadza w sytuację w jakiej musiała się znaleźć Konan. Co czuje, myśli...
    Naprawdę uważam, że rozdział jest dobry :)
    Skupiłaś się na jej uczuciach i bardzo dobrze ci to wyszło.

    W ogóle historia, którą stworzyłaś jest oryginalna. Nastoletnia Konan w ciąży? I to z Nagato? A wszystko jest przeplatane realiami naszego świata. Bomba! Każdy rozdział czyta się z uczuciem, że zaraz coś się stanie... Twoja historia jest naprawdę ciekawa i czekam na jej rozwinięcie :)

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za takie miłe słowa. Sama nie wiem, skąd mi się taka fabuła w głowie utworzyła. To był naprawdę spontaniczny pomysł. Co do mojego niezadowolenia z rozdziału... Chyba z każdego jestem niezadowolona, bo cały czas mam wrażenie, że stać mnie na coś lepszego. Taka jakaś moja natura. Kolejny chapter powinnam dodać do końca następnego tygodnia - ostatni dzień ferii. Ale niestety, nie mogę niczego obiecać, bo wszystko zależy od mojego nastroju. Pozdrawiam,

      Usuń