piątek, 7 lutego 2014

Chapter 10

Ślepy z wyboru
dodane przez: JungleFish     kometarze


Długość: 20 494
Bohaterowie: Yahiko, Nagato, Orochimaru, Madara, Namiko, Konan
A/N: Nie wiem, co mam Wam tu napisać. Rozdział "taki se", zresztą jak wszystkie ostatnio. W każdym razie może ktoś z Was domyśli się, co mam zamiar zrobić w kolejnych Chapterach. Czekam na końcu, xoxo


Głośny dźwięk dzwonka rozniósł się po korytarzu, powodując jeszcze gorsze bóle głowy. Czułem się, jakby ktoś wbijał we mnie tysiące igieł i przy okazji szyderczo się uśmiechał, powtarzając, że na to zasłużyłem. Tak, właśnie tak się czułem. Zdeptany, zrujnowany psychicznie i przy okazji wykorzystany przez pierniczone poczucie humoru przeznaczenia, któremu zaczęło się nudzić. Nawet zgubiłem swoją pewność siebie i wiedziałem, że czas wyzbyć się dumy i zacząć zachowywać się jak człowiek. Cywilizowany, normalny obywatel państwa, który nie boi się spotkać swoich „przyjaciół”, ani nauczyciela matematyki, który tylko czyha na jakiekolwiek potknięcie.
Załamany całą sytuacją, która po prostu mnie przygniotła z dnia na dzień, oparłem się o jedną z szarych, mało zadbanych szafek i zacząłem myśleć. Starałem się ze wszystkich sił przypomnieć sobie, jaka lekcja czeka mnie tym razem. Generalnie nie robiło mi to większej różnicy, ponieważ niezależnie od tego, czy na niej będę, czy też nie, usiądę w swojej ławce i będę udawał, że mnie tam nie ma. Nawet nie miałem siły na wagary, a co dopiero mówić tutaj o innych ambitnych planach. Co prawda, początkowo nawet miałem ochotę obrócić to wszystko w żart, udać, że moje słowa, które wypowiedziałem, miały być tylko zemstą na Nagato. Niestety, moja mimika nie była w stanie ze mną współpracować i wszystko się wydało. Dziękuję Jashinowi, że wypuścili mnie z tego przeklętego miejsca, gdy wreszcie zabrakło im jakichkolwiek argumentów, by nadal nas tam przetrzymywać.
Głęboko wciągnąłem powietrze, po czym stwierdziłem, że pozostało mi jeszcze dziesięć minut długiej przerwy. Nawet nie zastanawiałem się, co zrobić. Na myśl nasuwało mi się tylko jedno - łazienka. Przez natłok wszystkiego, co wirowało w mojej głowie, musiałem zapalić. Ruszyłem w jej kierunku pewnym siebie krokiem, zupełnie nie przejmując się spojrzeniami mijanych ludzi. Bo prawda jest taka, że trzecioklasista z podkrążonymi oczami, rozwaloną ręką i przegryzioną wargą był naprawdę ciekawym obiektem do obserwowania. Tyle przynajmniej udało mi się wywnioskować. 
Zajęty swoimi nieposkładanymi myślami, nawet nie zauważyłem kiedy uderzyłem w coś, a raczej kogoś. Z ogromną siłą odbiłem się od ściany, przeklinając w duchu czyjąś nieuwagę. Już miałem rzucić się na tego „biednego” osobnika, jednak gdy tylko rozpoznałem osobę stojącą naprzeciwko mnie, zamarłem. 
- Nagato – wycharczałem, dosadnie dając mu do zrozumienia, aby uciekał z mojego pola widzenia. – Uważałbyś, jak chodzisz – odparłem nieco głośniej i chciałem go wyminąć, jednak ten bardzo dobrze mi to uniemożliwiał. Zmierzyłem go przeszywającym spojrzeniem, po czym odepchnąłem go, aby zrobił mi miejsce. 
Nie skomentował tego, jednak wiedziałem, że w głowie układa plan doskonałej śmierci. Mojej, oczywiście. 

Parę metrów dalej, gdy mój „przyjaciel” zniknął mi z pola widzenia, oparłem się o parapet i głęboko wciągnąłem powietrze do płuc. Moja głowa była pełna sprzecznych ze sobą przemyśleń i nic nie mogło mi pomóc. Nawet myśl, że Nagato nadal był moim przyjacielem. 
Opuściłem lekko głowę, a ręce zacisnąłem na parapecie. Mój oddech przyspieszył, a ja nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego. Być może było tego wszystkiego za dużo? Z jednej strony byłem zły na Nagato, ponieważ zachowywał się jak tchórz. Z drugiej zaś strony, sam nie byłem lepszy i przez cały czas uciekałem przed cholerną prawdą odnośnie swoich uczyć. Czy zmieniłoby to coś, gdybym nie odpuścił i walczył do samego końca? Czy gdybym nie powierzył Konan Nagato, teraz wszystko byłoby inaczej? Te i inne pytania miotały mną na lewo i prawo. Ale nawet jeśli – hipotetycznie – przyjmowałem, że odpowiedzią na jedno pytanie jest „tak” niczego to nie ułatwiało. W  rzeczywistości było tylko gorzej. 
Wraz z dźwiękiem dzwonka na lekcję zrozumiałem jedno. Jestem głupi. I nigdy, przenigdy nie zmądrzeję, chyba, że wreszcie zacznę grać w pokera zawodowo i stanę się miliarderem, który będzie w stanie wykupić całą Japonię. Tak, poniosło mnie. A to wszystko dlatego, że kolejną lekcją była matematyka. 

Do klasy dotarłem spóźniony. Na całe szczęście, mojego ukochanego nauczyciela jeszcze nie było, więc spokojnie mogłem zająć swoje miejsce i czekać na wyrok śmierci. Wiedziałem, że Orochimaru mnie nie oszczędzi. Takim był człowiekiem. Sum a summarum, sam z nim zadarłem, więc patrząc nieobecnym wzrokiem na wskazówki zegara, odliczałem minuty do końca swojego marnego życia.
Nagle drzwi otworzyły się z wielkim hukiem i do pomieszczenia wszedł profesor matematyki. Modliłem się w duchy, by mnie nie zauważył, jednak moje prośby już na samym początku okazały się dziecinnymi mrzonkami. Czarne oczy Orochimaru od razu skierowały się w moją stroną, na co tylko przełknąłem głośno ślinę, zaciskając pięści na blacie ławki.
- Kogo ja widzę – mruknął, wlepiając we mnie te czarne, obrzydliwe ślepia. – Czy panu się czasem lekcje nie pomyliły? – zapytał, otwierając dziennik na stronie z tematami. Powoli przewracał kartki, aż wreszcie dotarł do rubryki z ocenami. – Mowę ci odjęło, Yahiko? – zapytał. – Zawsze taki wygadany, a teraz co?
- Nie, panie profesorze – odparłem cicho. 
- Wstałbyś, jak do mnie mówisz – syknął w moim kierunku, rzucając dziennik na biurko.  Posłusznie zrobiłem to, co do mnie mówił. Od razu czułem się na przegranej pozycji, szczególnie dlatego, że nawet nie miałem ochoty, by z nim dyskutować. I tak nie miałem szansy na wygraną. – Zabawna zależność. Jak jesteś na zajęciach, to nie ma Nagato, jak jest Nagato, to nie ma ciebie. Wymieniacie się notatkami? – zaśmiał się perfidnie. 
- Można tak powiedzieć. – Podrapałem się po karku, starając się zachowywać jak zawsze.
- W takim razie zobaczymy, czy dobrze wam idzie. Zapraszam do tablicy. 
Wyrok zapadł. Nie wiedziałem, czy mam szukać pistoletu, czy starać się powiesić na lampie za pomocą swojego paska. Wszystkie te pomysły wydawały mi się w tamtej chwili nadzwyczaj racjonalne i inteligentne. Wszystko, byle nie kontakt „sam na sam” z matematycznym wariatem. Na domiar złego moje nogi odmówiły posłuszeństwo, a cholerny telefon dawał o sobie znać. Czy mogło być jeszcze gorzej? Odpowiedź brzmi – tak. 
- Mam ci zaproszenie wysłać? – zapytał, zakładając nogi na biurko. Nie chciałem go już bardziej denerwować, dlatego podszedłem do tablicy. Chwyciłem białą kredę i ścisnąłem ją tak mocno, że aż posypał się biały proch. Żadne słowa nie są w stanie opisać moich uczuć. – Napisz wzór równania paraboli z pionową osi symetrii – powiedział na jednym tchu. 
Tak, przegrałem. 
Stałem tam długo. Nawet nie wiem ile, ponieważ nie byłem w stanie odliczać czasu. Bo prawda jest taka, że zawsze byłem głąbem z matematyki i dla mnie nawet wzór na pole trójkąta był zbyt trudny, by go zapamiętać. Dlatego nic dziwnego, że po paru minutach Orochimaru wybuchnął usatysfakcjonowanym śmiechem i zdjął nogi z biurka, chwilę później do mnie podchodząc. 
- I co, nie wiesz? – zapytał, przybliżywszy się do mnie.
- Nie, panie profesorze – szepnąłem, niczym podkulona owieczka. 
- To coś słabo wam idzie z tymi notatkami – odparł, ukazując rząd równych zębów. – Siadaj, bania. I nie myśl, że pozwolę ci ją poprawić. To samo tyczy się reszty ocen – powiedział, podchodząc do dziennika. – Widzę, Yahiko, że chcesz powtarzać klasę. Tak bardzo mnie polubiłeś?
Oczywiście, aż bym się z panem przespał. Ewentualnie strzelił kulkę w łeb z tej wielkiej miłości, którą pana darzę. Cudowny, ironiczny głos w mojej głowie w ogóle nie pomagał. Jedynie wzmagał we mnie wszystko to, co dotychczas siedziało w podświadomości. Usiadłem na swoim miejscu i do końca lekcji udawałem, że mnie nie ma. Teraz to i tak było już bez znaczenia, dlatego nawet nie bałem się, że Orochimaru zabierze mi telefon. Odblokowałem aparat, po czym uśmiechnąłem się jak idiota, widząc, kto napisał – Konan. Szybko otworzyłem wiadomość, po czym nie zwlekając, odpisałem, że jutro będę u niej i pomogę się spakować. I tak była to o wiele lepsza myśl, niż siedzenie w szkole lub w domu, ucząc się matematyki. Na samo wspomnienie, aż miałem ochotę skoczyć z dachu. Taki mój żywot. 

Następnego dnia nie miałem ochoty fatygować się do szkoły na parę lekcji. Nawet moja kochana matka nie miała nic przeciwko, tylko kazała mi iść do lekarza i zrobić coś z tą ręką, która „wyglądała gorzej, niż ojciec rano”. Co do samego określenia mojej rodzicielki nie wnikałem, jednak jej niespodziewana zmiana nastroju była dla mnie czymś dziwnym. Nagle okazała zainteresowanie moją osobą, nie wspominając nic o mojej tragicznej sytuacji z matematyki, chociaż doskonale zdawałem sobie sprawę, że dyrektorka już dawno ją o tym powiadomiła.
Szedłem powoli chodnikiem, od czasu do czasu kopiąc jakiś mały, czarny kamień, który napatoczył mi się pod nogami. Nie, nie chciałem się na nim wyżyć, bo negatywne odczucia nie miotały mną tym razem. W rzeczywistości nawet nie potrafiłem określić swojego samopoczucia. Z jednej strony nie mogłem wczoraj usnąć, wypaliłem całą paczkę czerwonym Marlboro (na które wydałem cały swój majątek),  a z drugiej byłem szczęśliwy, że będę mógł zobaczyć Konan. Mimo wszystko, jakiś dziwny głos w mojej głowie podpowiadał mi, że to nie będzie miłe spotkanie. 
Do pobliskiej przychodni dotarłem w niecałe trzydzieści minut. Nie spieszyło mi się zbytnio, dlatego specjalnie odwlekałem wizytę, wyobrażając sobie te wszystkie przerażające igły, które mogą znaleźć się w moim ciele. Na samą myśl aż zbladłem. 
W poczekalni były trzy osoby. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że będę musiał chwilę poczekać. Nie wiem, czy każdy człowiek tak ma, że wraz z pierwszym krokiem postawionym w szpitalu lub przychodni czuje te dziwne odruchy wymiotne, w każdym razie ja tak właśnie miałem. Białe ściany, białe kafelki, nawet lekarze i pielęgniarki byli na biało. Aby zająć się czymkolwiek, zacząłem myśleć, dlaczego to właśnie biały odgrywa tą niewdzięczną rolę. Przecież czarny o wiele bardziej pasował do tej chorej, śmiercionośnej scenerii.
Z zamyślenia wyrwał mnie głos pielęgniarki. Niziutka, kruczowłosa kobieta starała się wyczytać poprawnie moje nazwisko, co finalnie i tak nie wyszło jej zbyt dobrze. Początkowo chciałem ją poprawić, jednak gdy tylko się jej przyjrzałem, za bardzo przypomniała mi kobietę, która parę dni temu wyprosiła mnie z pokoju Konan. Dlatego przemilczałem całą zaistniałą sytuację i wyminąwszy ją, znalazłem się w gabinecie doktora. 
Lekarz był naprawdę bardzo wyrozumiały. Nie zadawał pytań, nie patrzył na mnie podejrzliwie, jedynie zaczął mi opatrywać bolące miejsce, przez co piszczałem jak malutka dziewczynka. 
- Trzeba było myśleć wcześniej, wtedy by tak nie bolało – odparł głosem pełnym satysfakcji, po czym zakończył swoje dzieło. Wypisał mi receptę, podał zwolnienie z wf-u i stwierdził, że jestem wolny, a jeśli nie pokażę mu się za tydzień, to sam sprawi, że moja ręka zaboli jeszcze bardziej. Wzdrygnąłem się na samo wyobrażenie, dlatego posłusznie przytaknąłem i uciekłem z tamtego miejsca jak najdalej. 
Kiedy znalazłem się na dworze, było jakoś przed południem. Nie wysiliłem się nawet, by spojrzeć na zegarek, ponieważ intuicja podpowiadała mi, że mam jeszcze dużo czasu do spotkania z Konan. Nie chciałem jej napastować, dlatego obiecałem sam sobie, że chociaż raz przyjdę na umówioną godzinę.
Wykorzystując chwilę wolności, przypomniałem sobie o starej, ulubionej kawiarni, która znajdowała się niecałe dziesięć minut drogi od mojego aktualnego miejsca pobytu. Nie myślałem nawet, co będę tam robić, po prostu pod wpływem impulsu udałem się w jej stronę. 
So coffee. Tak brzmiała nazwa tej tandetnej kawiarni. W rzeczywistości ich kawa była niesmaczna, a zapach gotowanego mleka tak strasznie atakował każdego klienta, że nie miało ochoty się tam siedzieć. Mimo tych wszystkich negatywnych aspektów nasza paczka (czyt. Akatsuki) bardzo często się tutaj pojawiała. Siadaliśmy w najdalszym stoliku i obserwowaliśmy ludzi, zajadając się pysznymi czekoladowymi babeczkami, które przygotowywała ulubiona kelnerka Zetsu. Jak sobie tak o tym przypomnę, to muszę przyznać, że kiedyś naprawdę byliśmy zgrani. Bez tajemnic, bez dramatów i bez kłótni, które w tamtym okresie były tylko żartami. 
Usiadłem na tym samym miejscu i głośno westchnąłem. W kawiarni nie zmieniło się nic, nawet stoliki były ustawione tak samo jak rok temu. Spowodowało to, że troszeczkę zatęskniłem za bandą tamtych idiotów, którzy w tym momencie najchętniej rozszarpali by mnie za garstkę jakichś informacji związanych z Konan. Generalnie nie powinienem im mieć tego za złe, ponieważ dawniej wszyscy byliśmy przyjaciółmi, dlatego to, że się o nią martwią jest rzeczą normalną. Mimo to, nie potrafiłem tego zrozumieć i prawdę powiedziawszy, sprawiało mi to więcej problemów niż matematyka. 
Zamówiłem to, co zawsze. Dwie czekoladowe babeczki i ciepłe kakao. Kiedy niska kelnerka przyniosła to, o co prosiłem, zatopiłem się w aurze tego pomieszczenia. Taka melancholia bardzo dawno nie nawiedzała mojego chorego umysłu, dlatego w pewnym momencie miałem wrażenie, że zaczynam wariować. Czyżbym naprawdę słyszał Madarę? 
Automatycznie odwróciłem się w kierunku, z którego pochodził – prawdopodobnie – jego głos. Spojrzałem i omal nie zadławiłem się śliną, gdy przy stoliku siedziała ta menda z… Namiko. 
To nie tak, że chciałem być niegrzeczny i podsłuchiwać ich prywatną rozmowę, jednak coś podpowiadało mi, że dowiem się z niej wiele. Sam fakt, że Madara nie zakończył swoich spotkań z tą dwulicową dziewczyną po wygranym zakładzie, dawał mi do zrozumienia, że może być tylko gorzej. Dlatego odstawiając w najdalszy kąt swoje zamówienie, przybliżyłem się do samego rogu stolika, by móc cokolwiek usłyszeć. 
- Na pewno to zrobię. Daj mi tylko trochę czasu – powiedziała Namiko. Żałowałem, że nie mogłem zapewnić sobie lepszej widoczności, by móc ujrzeć reakcje Madary. 
- Ja cię do niczego nie zmuszam – odparł obojętnie. Tak, cały on.
- Ten związek i tak nigdy nie miał przyszłości. 
- To po co z nim byłaś? – zapytał i mógłbym przysiąc, że uśmiecha się w ten swój głupi sposób. 
- Bo mi się nudziło. 
Chciałem słuchać dalej i zapewne bym to robił, gdyby nie mój cholerny telefon i Manson przebijający się przez lekkie dźwięki jazzowej muzyki puszczanej w kawiarni. Odskoczyłem jak oparzony i szybko wybiegłem na zewnątrz, by ta cholerna parka nie dowiedziała się o mojej obecności. Nie chciałem być wplątany w kolejny dramat, który niewątpliwie miał się dopiero rozpocząć. 
- Słucham? 
- Yahiko? – Mama. – Już wyszedłeś? – zapytała, jakby miało to jakieś znaczenie. 
- Yhm. 
- Czemu nie ma cię jeszcze w domu? – Bo nie mam ochoty.
- Idę jeszcze do Konan. 
- Konan, ach – odparła moja matka. W jej głosie było coś, co mnie trochę niepokoiło. 
- Coś się stało? – zapytałem.
- Nie, nie. Nic z tych rzeczy. Pozdrów ją ode mnie – powiedziała i się rozłączyła. 
Już nawet nie miałem ochoty, by zastanawiać się, dlaczego jest dla mnie taka miła. Bardziej dziwiła mnie jej reakcja na imię Konan. Przełknąłem głośno ślinę, zaciskając rękę na telefonie, który wciąż znajdował się przy uchu. Zamarłem. Wszystko przez to, że w mojej głowie zaczęły powstawać najróżniejsze scenariusze. Niektóre z nich były tak głupie, że aż sam skarciłem się w myślach. Mimo to, wróciłem do kawiarni, zapłaciłem i jak najszybciej udałem się w kierunku szpitala.

Miejsce, do którego dotarłem było dla mnie zbyt znajome. Sama ściana, w którą uderzyłem, pragnąc się uspokoić, nie wzbudzała we mnie tak straszliwych emocji, jak latarnia, pod którą ostatni raz widziałem Nagato tamtego wieczoru. I nigdy tego widoku nie zapomnę. Korytarze także nie były przyjemne, nie wspominając już o samych drzwiach, które prowadziły do pokoju dziewczyny. Wszystko było dla mnie tak przygnębiające, że gdybym tylko mógł, to wyskoczyłbym przez okno, nawet jeśli wiązałoby się to z moją śmiercią. Na całe szczęście moje myśli tłumił w środku jeden aspekt – jestem tu dla Konan i to ona potrzebuje wsparcia. W moim przypadku bardziej przydałby się psychiatra, który po pierwszym spotkaniu sam szukałby lekarza, ale o tym kiedy indziej. 
Leciutko zapukałem w białe drzwi. Nie wiedziałem, czy wchodzić tak po prostu, czy czekać na jakiś znak, dlatego po jakimś czasie ponowiłem czynność. Dopiero gdy usłyszałem stłumione „proszę”, wszedłem do pomieszczenia z ogromną gulą w gardle. 
Konan siedziała na kozetce, uparcie coś przeglądając. Zbytnio nie zainteresowała się nowym przybyszem, przez co miałem ochotę ją trochę wystraszyć. Na szczęście, myśl ta opuściła mnie na tyle szybko, że nie zdążyłem zrobić z siebie większego idioty, niż jestem. Dziewczyna obróciła się w moim kierunku, a na jej twarzy pojawił się nikły uśmiech. Zaniepokoiło mnie to.
- Cześć, Yah – odparła, szybko odkładając wcześniej oglądane rzeczy. 
- Cześć, piękna – rzuciłem, podchodząc do niej, by ją przytulić. Nie protestowała, jednak nie odwzajemniła gestu. – Wszystko w porządku? – zapytałem. Byłem pewny, że odpowie pozytywnie. 
- No jasne, że tak. – Jej entuzjazm był zbyt… odegrany? Tak, takie było moje pierwsze wrażenie. – Czemu pytasz? 
- Tak jakoś. – Podrapałem się po karku. – No dobra. Miałem pomóc, tak? – Uśmiechnąłem się. 
- Ach, jasne. Nie przemęczaj się na razie. I tak jest jeszcze trochę czasu.
Rozmowa z Konan w ogóle się nie kleiła. Momentami czułem się nawet, jakbym przebywał w jednym pomieszczeniu z zupełnie obcą mi osobą. Niebieskowłosa prawie wcale się nie uśmiechała, a gdy już odważyła się zaśmiać, było to tak sztuczne, jak niejedna modelka. To nie tak, że nie próbowałem się dowiedzieć, co jest grane. Starałem się i to na każdy możliwy sposób. Niestety, nie mogłem zapytać jej o nic wprost. Wciąż bałem się, że ją stracę. 
- Niedługo wycieczka, prawda? – Wyrwała mnie z letargu, w który wpadłem, składając wszystkie książki. 
- Jaka wycieczka? – zdziwiłem się.
- Ziemia do Yahiko. – Pomachała mi ręką przed oczami. - Trzecie klasy zawsze jeżdżą na wycieczki. Odaiba, pamiętasz? – Przeanalizowałem wypowiedź dziewczyny, po czym wreszcie się obudziłem. Wycieczka, jak mogłem zapomnieć?!
- Aish… Zapomniałem o tym zupełnie. – Uderzyłem się z otwartej ręki w twarz, uświadamiając sobie, jaki koszmar będę musiał niedługo przeżyć. 
- Cały ty. Jak można o czymś takim zapomnieć? Sami przecież wybieraliście miejsce – dodała niepewnie, oczekując mojej reakcji. 
- Tak, masz racje. 
Wycieczka trzecioklasistów to coś, co stało się pewnego rodzaju tradycją naszej szkoły. Nigdy jednak dyrektor nie zgodził się, aby to uczniowie wybierali miejsce. My byliśmy wyjątkiem – Akatsuki. Dawniej nawet cieszyłbym się na samą myśl, że mogę spędzić całe trzy dni na tworzeniu własnej, licealnej historii, jednak w tamtym momencie znowu miałem ochotę targnąć się na własne życie. Moja psychika robiła się coraz bardziej pogmatwana i niebezpieczna. 
Kiedy pomogłem uporządkować Konan większość jej rzeczy, dziewczyna przysiadła koło mnie i nikło się uśmiechnęła. Chciałem odwzajemnić ten gest, jednak było to dosyć trudne. Na szczęście, niebieskowłosa nie zwróciła na to zbytnio uwagi, ponieważ cały czas myślami była gdzie indziej. 
- Dziękuję, Yahiko – powiedziała wreszcie, od czasu do czasu na mnie zerkając. 
- Nie masz za co. – Uśmiechnąłem się. 
- Nie, ja dziękuję za wszystko – dodała, uciekając wzrokiem. 
Niepewnie położyłem swoją rękę na jej kolanie i za wszelką cenę starałem się zwrócić na siebie uwagę. Niestety, nic nie dawało oczekiwanych skutków. Konan wciąż była nieobecna. 
- Hej, wszystko w porządku? – zapytałem po raz enty tamtego dnia. 
Cisza. 
Przenikliwa. Taka, że nie wiedziałem, co ze sobą zrobić.
Dopiero po dłużej chwili, dziewczyna odwróciła się w moją stronę, a ja mógłbym przysiąc, że jej oczy były całe zaszklone od łez. 
- Wszystko w porządku. Dziękuję jeszcze raz. Za pomoc i za to że przy mnie cały czas był… jesteś – poprawiła się. -  Więc jak, widzimy się po wycieczce, nie? – Szybko zmieniła temat.
Przytaknąłem. 
Chwilę potem byłem już na zewnątrz. 
To nie tak, że byłem obojętny. To nie tak, że nie wiedziałem, że coś się dzieje. Wszystkie te czerwone lampki zapaliły się w mojej głowie jednocześnie, przez co byłem tylko bardziej bezradny. Pytania, które kłębiły się w mojej głowie, mogłyby ją tylko zaboleć. 
Siedziałem cały czas cicho, przytakując. Nawet nie miałem siły, by się na nią obrazić, gdy zasugerowała mi, że powinienem już iść. Po prostu to zrobiłem, żegnając się z nią tak jak zawsze. 
Być może to zbyt egoistyczna myśl, jednak przez cały czas siedziała w mojej głowie. Dopóki miałem przy sobie Konan, mogłem zrobić wszystko.

Cześć kochani! Prawda jest taka, że naprawdę nie wiem, co napisać. Rozdział dodany, jednak znowu mam wrażenie, że to takie "lanie wody", ponieważ nie sądzę, by wnosił coś ważnego do fabuły. Ostatnio mam problem z rozkręcaniem się. W każdym razie, niedługo powinnam ruszyć - prawdę powiedziawszy to muszę, bo mnie 20 chapter zaskoczy. 
Przepraszam - znowu - za długą przerwę. Teraz już naprawdę ogarniam dupę i piszę. Wreszcie wróciłam do punktu wyjścia i literackie "zabawy" znowu mnie rozluźniają. Dobrze, Meggi, tak powinno być. 
Ogólnie to nie mam dzisiaj nic konkretnego do przekazania. Oprócz - czekam na opinię i widzimy się przy następnej publikacji mam tylko jedną, WAŻNĄ sprawę. 
Od jakiegoś czasu myślę już nad dodaniem DODATKU w postaci Oneshota. A z takich względów, że za tydzień walentynki myślałam, aby dodać Wam leciutki romans z moimi bohaterami. Co Wy na to? Czekam na "za" lub "przeciw". 
No cóż, do następnego, kochani! 

4 komentarze:

  1. Jak dla mnie rozdział nie jest wcale "taki se". Tak genialnie oddałaś tutaj wszystkie emocje Yahiko, że niemal to poczułam. Strasznie mi go szkoda - wszyscy pamiętają o swoich problemach, ale przecież jego psychika też przechodzi ciężki okres.
    Orochimaru sprawił, że znienawidziłam matmę jeszcze bardziej (o ile to możliwe). A idiotyczny Nagato tylko utwierdził mnie w przekonaniu, jakim jest tchórzem.
    Hmm, dziwna troska mamy Yahiko? Być może dzięki wybuchowi syna wreszcie zrozumiała o co tak naprawdę chodzi.
    I to zachowanie Konan... powinna zrozumieć, że Yahiko chce jej pomóc i nie powinna go tak cały czas odtrącać.
    Rozdział naprawdę mi się podobał i czekam na następny c: a co do Oneshota... TAK, TAK, TAK! :3
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Heej.
    W sumie miałaś tylko miesiąc przerwy, więc nie jest az tak źle. Ogólnie rozdział był za krotki. Dobra przestaje już.
    Nie wiem co mam napisać. Jak zawsze uważam ze twój styl jest genialny i oddajesz w nim bardzo dużo.
    Ech, Yahiko. Jak ja go kocham. Szkoda mi go. Biedny nie radzi sobie z matma w dodatku, prowadzi ja Oro. Masakra.
    Ogólnie wkurzyła mnie trochę Konan abym rozdziale. Naprawdę musi człuchowa udawać ze,jest dobrze, jak ktoś chce jej pomóc. Powinna bardziej docenić starania swojego przyjaciela.
    A rozdział może nie wnosił nic do fabuły, ale i tak się fajnie czytało.
    Baaajo. Trzymam za,słowo, ze teraz szybciej pojawi się nowy rozdział. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Yeaaa rozdział *.*
    Jak ja uwielbiam tą narrację Yahiko :D Świetnie się czyta ;) Biedna Konan... mam nadzieję, że wszystko się dobrze skończy :)
    Ja będę czytać wszystko co napiszesz. I oczywiście, że chcę oneshota <3 Już się nie mogę doczekać :D
    Rozdział naprawdę fajny ;p
    Życzę dużo weny i pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Hejka.
    Jest rozdział!
    Perspektywa Yahiko- świetna. Jego psychika, jest... skomplikowana, ale to jest właśnie fajne. Docinki i w ogóle wszystko. Ładnie to ze sobą współgra.
    Dobrze to się czyta, nawet nie zauważyłam, kiedy skończyłam rozdział :)

    "Oczywiście, aż bym się z panem przespał. Ewentualnie strzelił kulkę w łeb z tej wielkiej miłości, którą pana darzę." Te komentarz mnie po prostu rozwalił :D

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń